Nasza cywilizacja upadnie w 2050 roku. Jak będzie wyglądał koniec świata?

Nasza cywilizacja upadnie w 2050 roku. Jak będzie wyglądał koniec świata? 8 czerwca 2019, 09:26 Ten tekst przeczytasz w 1 minutę Udostępnij na Facebooku Udostępnij na Twitterze Shutterstock Z badań opublikowanych przez australijskie centrum naukowe Breakthrough National Centre for Climate Restoration wynika, że zostało nam już tylko 31 lat życia. Co wydarzy się w tym czasie? Centrum naukowe z Melbourne to niezależna grupa ekspertów zajmujących się polityką klimatyczną. Pod ich raportem, o którym pisze National Geographic, podpisują się między innymi badacze wpływu wykorzystywania paliw kopalnych na zmiany w przyrodzie. Prezentowane dotychczas modele klimatyczne ONZ w Polsce w 2018 roku, przewidywały, że wzrost globalnej temperatury o dwa stopnie Celsjusza zagrozi życiu setek milionów ludzi. Według nowego raportu wynika, że te informacje są niedoszacowane. Powód? Nie biorą pod uwagę zmian geologicznych oraz innych, które są z nimi powiązane jak kostki domina. NASA ma złe wieści. Najpierw przyjdzie sztorm, potem zagłada NASA ma złe wieści. Najpierw przyjdzie sztorm, potem zagłada zobacz również Wynika z niego, że ludzkość czasu ma znacznie mniej. Naukowcy alarmują, że jeśli rządy na całym świecie będą "grzecznie ignorować" sugestie, rady i ostrzeżenia ze strony naukowców temperatura podniesie się nie o 2, a o 3 stopnie Celsjusza do 2050 roku. To oznacza m.in. stopienie się pokryw lodowych, falę potężnych susz, które zniszczą lasy Amazonii. - Trzydzieści pięć procent globalnej powierzchni lądu oraz około 55 proc. światowej populacji będzie przez 20 dni w roku narażone na śmiercionośne warunki, poza progiem ludzkiej przeżywalności – piszą autorzy tekstu z Melbourne. Naukowcy piszą, że susze, powodzie i pożary traw, buszu i lasów wymkną się spod kontroli. Około jedna trzecia lądu na świecie będzie pustynią, a ekosystemy takie jak rafy koralowe, dżungle, puszcze, arktyczne pokrywy lodowe będą powoli znikać. Ucierpi także rolnictwo. Zniszczone uprawy, farmy, czy pastwiska wygonią z domów miliard ludzi, którzy będą szukać warunków do życia w innych regionach. To doprowadzi do konfliktów zbrojnych, w tym nawet wojny atomowej. W raporcie pojawiają się takie sformułowania, jak "wprost chaos" oraz "koniec ludzkiej cywilizacji jaką znamy". Naukowcy twierdzą, że sposobem na uniknięcie tej wizji jest wprowadzenie radykalnych zmian – w tym przestawienie gospodarki świata na zerową emisyjność węglowych zanieczyszczeń. Da się to osiągnąć zupełnie rezygnując z węgla lub równoważąc jego emisje za pomocą technologii oczyszczających. Zginiemy w ciągu jednego pokolenia? Polski fizyk o skutkach zmiany klimatu ← Powrót do strony głównej Kula zmian klimatycznych zmierza prosto w serce ludzkości. Około 2050 r. skutki tego, co robimy z naszą planetą, staną się nieodwracalne. Nasza cywilizacja wyginie w ciągu jednego pokolenia, bo na Ziemi nie da się już żyć tak, jak do tej pory. Czarny scenariusz zagłady nakreślony przez polskiego fizyka. Można go jeszcze odwrócić, ale... Wywiad opublikowany przez „Gazetę Wyborczą” (w dodatku „Duży format”) z prof. dr hab. Szymonem Malinowskim - fizykiem atmosfery, dyrektorem Instytutu Geofizyki na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczącym Komitetu Geofizyki PA – może postawić włosy na głowie. Polski naukowiec, posługując się żelazną logiką praw fizyki, które są mu doskonale znane, twierdzi, że jeśli nie zrobimy natychmiast wszystkiego, co możliwe, żeby odwrócić zmiany klimatyczne na Ziemi, to wyginiemy jako ludzkość w ciągu jednego pokolenia, to znaczy mniej więcej okresie 25-30 lat. Nasza planeta bowiem nie będzie już nadawała się do życia dla cywilizacji, którą stworzył człowiek. Uruchomimy nieodwracalne procesy, które nas zniszczą. Przed czym ostrzega polski fizyk? Zginie 80 proc. ludzi Jeśli natychmiast nie powstrzymamy tempa zmian klimatycznych, to około 2050 roku, a więc za 30 lat, procesy, które uruchomiliśmy, nie dadzą się już odwrócić. Doprowadzą one do tego, że nasza planeta przestanie się nadawać do zamieszkania dla życia, jakie ono jest teraz. Wyginiemy w ciągu jednego pokolenia. „Karabinem” wycelowanym w serce ludzkości, mówi naukowiec, jest koncentracja gazów cieplarnianych w atmosferze. - Jeżeli napompujemy ją jeszcze trochę, uruchomimy mechanizmy, nad którymi nie będziemy już w stanie zapanować – wtedy samoczynnie zaczną się uwalniać ogromne ilości gazów cieplarnianych z materii organicznej zdeponowanej w morzach i na powierzchni naszej planety – twierdzi prof. Malinowski. Ziemia otoczona jest atmosferą, w której te gazy są w miarę dobrze wymieszane. Są jednym z najważniejszych czynników sterujących klimatem naszej planety. - One przepuszczają promieniowanie słoneczne, które padają na powierzchnię Ziemi. Planeta je pochłania i w związku z tym się ogrzewa. A potem sama zaczyna to ciepło wypromieniowywać. I ono trafia do atmosfery. W związku z tym, że to są już inne długości fal, jest w niej pochłaniane właśnie przez owe gazy cieplarniane. I wtedy atmosfera zaczyna się podgrzewać, promieniując ciepłem w dół i w górę. Przez to, że jest asymetryczna – gęstsza u dołu – promieniuje raczej w dół – wyjaśnia profesor. Ziemia robi się coraz cieplejsza, emituje więcej do góry, a co za tym idzie – coraz więcej tego ciepła też do niej wraca. I ten właśnie proces gromadzenia się ciepła nazywamy efektem cieplarnianym. Przeczytaj także: Nasz węglowy ślad Temperatura oznacza życie, albo jego zagładę Ziemia i jej atmosfera ewoluowała od zawsze, wskutek różnych procesów wewnętrznych i zewnętrznych, np. tlenu, który powstał w związku z pojawieniem się życia na planecie. Ponad 50 mln lat temu nasza planeta była chłodniejsza i wówczas na dnie oceanów odłożyły się ogromne ilości klatratów metanu - związku metanu z wodą, który jest stabilny pod wysokim ciśnieniem w stosunkowo niskich temperaturach. Potem, na skutek wybuchów wulkanów, doszło do wzrostu zawartości dwutlenku węgla w atmosferze, a co za tym idzie – zaczęło się robić cieplej. W związku z tym woda w oceanach się podgrzała i nastąpiło szybkie uwolnienie ogromnych ilości metanu – z tych klatratów metanu – do atmosfery. - Metan jest gazem cieplarnianym. Atmosfera się więc jeszcze bardziej podgrzała. W rezultacie bardzo szybko uwolnione zostało jeszcze więcej metanu. I to jest właśnie to, co nazywamy paleoceńsko-eoceńskim maksimum termicznym, które spowodowało jedno z wielkich wymierań – wyjaśnia naukowiec w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Metan rozkłada się do dwutlenku węgla, a ten jest pochłaniany przez rośliny oraz reaguje z nowo powstałymi skałami magmatycznymi. Poziom tego gazu zaczął znowu spadać, bo metan zamieniał się w dwutlenek węgla. Potem, na skutek różnych innych procesów, też tektonicznych, które zaczęły wiązać dwutlenek węgla, jego również zaczęło być mniej w atmosferze, a w związku z tym temperatura zaczęła spadać. Mniej więcej 50 mln lat temu, do niedawna, czyli 2-3 mln lat temu, temperatura cały czas malała – w sumie o jakieś 10 stopni C. Wskutek spadku koncentracji gazów cieplarnianych w atmosferze, 15 mln lat temu na Antarktydzie, a 4,5 mln lat temu na Grenlandii pojawił się lód. Odbijał więcej promieniowania słonecznego, więc stale go przybywało. - I wtedy Ziemia doszła do stanu, w którym stała się bardzo wrażliwa na nieznaczne nawet zmiany w dopływie energii słonecznej wskutek niewielkich zmian orbity – mówi prof. Malinowski. W ciągu ostatniego miliona lat następowały cykliczne epoki lodowcowe. Scenariusz zagłady piszemy od 150 lat Dzisiaj średnia temperatura naszego globu jest wyższa o 1,2 stopnia C w stosunku do tej, która panowała 150 lat temu. Naturalny cykl Ziemi: ochłodzenie – ocieplenie – ochłodzenie (epoki lodowcowe) został zahamowany. Idziemy gwałtownie w stronę ocieplenia. Uruchomiliśmy nienaturalny proces. - Bo 5 tysięcy lat temu też było tak, że mieliśmy jakieś 0,4 stopnia Celsjusza mniej niż teraz – kiedy było to tak zwane holoceńskie optimum klimatyczne, czyli ten temperaturowy top, który nastąpił po poprzednim ochłodzeniu. I potem, zgodnie z naturalnym cyklem Ziemi, ona powolutku zaczęła się staczać w kolejną epokę lodowcową. I nagle, sto kilkadziesiąt lat temu, ten trend został powstrzymany – mówi polski fizyk. Ludzie na masową skalę zaczęli spalać węgiel zgromadzony w skałach osadowych, przepompowując go do atmosfery. Rozpoczął się gwałtowny rozwój ludzkości, „wiek pary i elektryczności”, ale w konsekwencji od tamtego czasu w atmosferze gwałtownie rośnie ilość dwutlenku węgla. Prof. Malinowski twierdzi, że pojawia się coraz więcej głosów, iż warunek, przy którym zostanie uruchomiony proces, jak podczas paleoceńsko-eoceńskiego maksimum termicznego, czyli gwałtownego, już bez naszego udziału, uwalniania się gazów cieplarnianych do atmosfery, to jest kwestia około stopnia powyżej tego, co już mamy. I tego procesu już nie zahamujemy. Nasze być albo nie być rozbija się o 1 stopień Celsjusza. Przeczytaj także: O smogu – będzie dobrze, tylko potem Reakcja łańcuchowa Wzrost stężenia dwutlenku węgla to wzrost temperatury, który powoduje szybsze parowanie oceanów. Tworzące się z pary wodnej chmury odbijają promienie słoneczne, w efekcie czego podgrzewają atmosferę. Związki organiczne ukryte pod wieczną zmarzliną na Arktyce lądowej teraz, wskutek topnienia lodu, zostają uwolnione i zaczynają się rozkładać. Jaki jest skutek rozmarzania głębokiej warstwy zmarzliny? - Jak jest przykryta wodą, to zachodzi tam beztlenowy rozkład tej materii organicznej. Czyli do atmosfery zaczyna się uwalniać metan. A jak woda wyparowuje, to następuje proces utleniania i uwalnia się dwutlenek węgla. Dziś metanu w atmosferze jest wciąż bardzo mało, ale jego potencjalne zasoby, czyli to, co się może wytworzyć właśnie w tej wiecznej zmarzlinie, są gigantyczne. A więc my uruchamiamy przepotężny proces, i to na skalę planetarną, który jak już ruszy, będzie nie do powstrzymania – tłumaczy profesor. Polska i Europa? Po kolei siada wszystko Scenariusz dla naszego kraju, który kreśli fizyk, w skrócie można określić: bardzo gorąco i bardzo sucho. Np. miesiąc z temperaturami 35 st. w dzień i 25 st. w nocy. Zupełny brak deszczu. Co więcej, to nie będzie wyjątek pogodowy, ale standard. Jakie są konsekwencje? Kłopoty z wodą. Zaczyna jej być tak mało, że brakuje do chłodzenia turbin elektrowni. Załamuje się system energetyczny. Wysiada łączność, klimatyzacja, transport, bo na stacjach paliw pompy są przecież elektryczne. Lasy płoną na potęgę. Żywność w supermarketach, magazynach, domach zaczyna się psuć. I możemy zostać np. dwa tygodnie bez prądu, a więc i internetu i łączności komórkowej. Podniesienie się poziomu morza o 2-3 metry sprawi, że miasta przybrzeżne, jak np. Gdańsk, znikną pod wodą. Tak samo jak Holandia, duża część Niemiec, Wielkiej Brytanii, w tym Londyn, do tego cała Floryda. Zmieni się cała linia brzegowa. Większa część Azji i cała Afryka nie będą nadawać się do życia z powodu ekstremalnie wysokich temperatur. Tamtejsza ludność w poszukiwaniu warunków do osiedlenia się, wody i pożywienia, będzie migrować tam, gdzie jest chłodniej, m.in. do Europy. Zwierzęta zaczną wymierać. Generalnie spadnie produktywność biologiczna, czyli zacznie brakować żywności, zaczną wymierać lasy. - Oczywiście, życie przetrwa i się dostosuje, ale już nie będzie takie, jak teraz – ostrzega prof. Malinowski. Co bezwzględnie trzeba zrobić, żebyśmy przestali kroczyć ku zagładzie? Co zależy od rządów i polityków? Co każdy z nas może zrobić w kierunku ograniczenia naszego „węglowego śladu” na planecie? Czy jest przed nami, mimo wszystko, nadzieja na przetrwanie i odwrócenie katastrofy? - Ludzkość może być na drodze do zagłady – uważa autor wstępu do badań, emerytowany admirał Chris Barrie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

💥 KONCEPCYJNY ALGORYTM „∞ ERROR” (𝔼-Χ0)