Sześć milionów głodujących. Jak wyglądało życie zwykłych Polaków w II Rzeczpospolitej?
TwojaHistoria.pl > Historia gospodarki i finansów >
Sześć milionów głodujących. Jak wyglądało życie zwykłych Polaków w II Rzeczpospolitej?
DWUDZIESTOLECIE MIĘDZYWOJENNE
01.10.2017 | Autor:
Aleksandra Zaprutko-Janicka
Kuchnia dla bezrobotnych w Katowicach. Dzieci podczas posiłku (zdj. domena publiczna).
Kuchnia dla bezrobotnych w Katowicach. Dzieci podczas posiłku (fot. domena publiczna).
Na wsi bez pracy pozostawały trzy miliony ludzi. W mieście o kolejne trzy miliony obywateli już głodowały. Nędza pustoszyła robotnicze dzielnice, dewastowała życie miasteczek, niszczyła i tak wątłą klasę średnią. A to wszystko w pięknej Drugiej Rzeczpospolitej.
W powiecie brasławskim panowała bieda. Gorzej. We wsiach i w miasteczkach szerzyła się prawdziwa nędza. Taka, która uczciwych ludzi pozbawia dachu nad głową, a nawet najbardziej pracowitych doprowadza do bankructwa, zwieńczonego licytacjami resztek dobytku. Osadniczka Zofia Pujszowa każdego dnia obserwowała, jak jej sąsiedzi tracą dorobek życia. Wszyscy toną w pożyczkach, które wzięli parę lat temu, gdy koniunktura zdawała się zwyżkować. Myśleli, że dzięki zastrzykowi gotówki unowocześnią swoje gospodarstwa, wybiją się, dorobią. Kredyty brali, gdy za jedną krowę dostawali kilkaset złotych. Teraz ta sama krasula była warta ledwie kilkadziesiąt. Skąd wziąć wobec tego pieniądze na kolejną ratę, gdy komornik łomocze do drzwi?
Gdyby Piłsudski wiedział, nigdy by na to nie pozwolił?
7 stycznia 1933 Zofia usiadła, wzięła głęboki oddech i zaczęła dyktować. „Najukochańszy Nasz Wodzu” – brzmiały pierwsze słowa jej listu. Zdesperowana kobieta, nie widząc innej nadziei, postanowiła błagać o pomoc najważniejszą osobę w państwie – Józefa Piłsudskiego. W głowie jej się nie mieściło, że Marszałek mógłby wiedzieć o nadużyciach aparatu państwowego i o sytuacji wsi polskiej. Przecież nie pozwoliłby na traktowanie chłopów w ten sposób! Biedna mieszkanka Brasławszczyzny uznała, że gdy wytłumaczy Wodzowi, co się dzieje, ten z pewnością zareaguje. I przebędzie z pomocą, zupełnie jak w roku 1918, gdy ważyły się losy polskiej niepodległości.
Kobieta z powiatu sarneńskiego obok swojego walącego się domu. Choć dziś nie chcemy o tym pamiętać, ogromne rzesze ludności żyły w skrajnej biedzie. (fot. domena publiczna)
Kobieta z powiatu sarneńskiego obok swojego walącego się domu. Choć dziś nie chcemy o tym pamiętać, ogromne rzesze ludności żyły w skrajnej biedzie. (fot. domena publiczna)
W liście opowiadała o tym, że rolnicy, chcąc sprzedać płody swojej ziemi, muszą uiszczać bandyckie opłaty za wjazd na plac targowy. Państwo wydzierżawiało rynki, a najemcy nie mieli litości – czy ktoś wiózł 300 kilogramów, czy 13 musiał wysupłać taką samą opłatę. Agronomowie jeździli na wieś, uczyć chłopów nowoczesnego prowadzenia gospodarstwa, a ci prości ludzie nie mieli za co utrzymać tego, które już posiadali. Nawet jeśli hodowali i sprzedawali zwierzęta, to za doskonale odchowane dostawali śmieszne pieniądze, w żaden sposób nie rekompensujące nakładu sił i środków.
Zofia Pujszowa przytaczała własny przykład. Porządnie utuczyła wieprza i sprzedała. W międzyczasie zdążył on pożreć paszy za 100 złotych, jako prosię kosztował 5, za możliwość sprzedania go na rynku gospodyni musiała zapłacić 50 groszy i jeszcze drugie tyle za świadectwo pochodzenia… Za dorosłego wieprza dostała tymczasem śmieszne 35 złotych, czyli równowartość sześciu litrowych butelek wódki! Za dużo, by od razu szykować się na konanie z głodu, za mało by normalnie żyć. Chyba zostawało tylko wziąć te sześć butelek wódki i zapić się na śmierć.
Zofia nie należała jednak do osób, które tak łatwo kapitulują. Podążała za wiedzą i bliskim dopomagała w tym samym. Trzy córki należały do Koła Młodych Polek, ojciec do Koła Rolniczego, a synowie do Związku Strzeleckiego. Każda z tych organizacji wiele dawała od siebie, jednak wymagała niemałych, jak na możliwości wiejskiej kobiety, składek.
Do tego dochodziły podatki, spłata kolejnych rat pożyczek, odzież, żywność… Autorka listu do Marszałka wcale nie prosiła o jałmużnę ani o jakąkolwiek pomoc. Zamiast tego – bez owijania w bawełnę – opisywała sytuację, szczerze wierząc, że to nieuczciwi aparatczycy najniższego szczebla odpowiadają za tragiczną sytuację ludzi na wsi.
Ufając Piłsudskiemu niczym Bogu, podkreślała, że choć jest „tylko kobietą”, widzi krzywdę wyrządzaną jej i jej podobnym i obawia się, że bez interwencji z samej góry czeka ich niechybny koniec. Swój list zakańczała słowami: „Piszę list i proszę Najwielmożniejszego Pana Marszałka odpisać listownie z łaski swojej, z prośby mojej. Czy wie o tym wszystkim rząd?

Komentarze
Prześlij komentarz