- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje
Biedny i głodny jak Brytyjczyk. Wielka Brytania najbardziej rozwarstwionym krajem Europy
Maciej Czarnecki (Londyn)

Wolontariuszka Diana Grant sortuje puszki z jedzeniem w banku żywności w Bromley w południowym Londynie. W Wielkiej Brytanii z powodu wzrostu cen energii i żywności znacznie więcej osób potrzebuje pomocy (Fot. Sang Tan AP)
Niby od dawna wiadomo, że w Wielkiej Brytanii nierówności społeczne są większe niż gdzie indziej w Europie. Ale żeby aż tak?
Polak, któremu Wyspy kojarzą się głównie ze zbijaniem kokosów na saksach, czyta nagłówki niektórych gazet i przeciera oczy ze zdumienia: "Lato głodu: rośnie liczba klientów banków żywności"; "Długa, mroźna zima dla 3 mln ludzi, których nie stać na ogrzewanie".
Jak to możliwe w kraju, który słynie z hojności opieki socjalnej i podniósł płacę minimalną do ponad 6 funtów za godzinę? I czy ktoś tu przypadkiem nie przesadza?
Reforma socjalna, czyli cięcia
Na handlowych ulicach Londynu, gdzie wszędzie błysk i blichtr, trudno w to uwierzyć. Objuczeni zakupami ludzie czasem korkują wejście do metra przy Oxford Circus.
W poszukiwaniu odpowiedzi odwiedzam więc bank żywności w dzielnicy Tower Hamlets na East Endzie. Mogłaby ona służyć za metaforę brytyjskiego rozwarstwienia: z jednej strony zapuszczone czynszówki, z drugiej - szklane wieże Canary Wharf z biurami Barclays, Citi, HSBC... Dwa światy dzielą jedynie tory kolejowe.
Denise Bentley, szefowa Tower Hamlets Food Bank, krząta się po magazynie pełnym darów. Dostaje je od supermarketów, mieszkańców, firm (także tych po drugiej stronie torów). Pod ścianami piętrzą się skrzynki z sardynkami i pomidorami w puszkach, słoikami dżemów, paczkami makaronu i ryżu.
Denise opowiada, że fala potrzebujących przybrała na sile od kwietnia, kiedy rząd zaczął reformować system opieki socjalnej. Wprowadzane na raty zmiany zakładają m.in. scalenie dotychczasowych świadczeń w jedno, cięcia zasiłku mieszkaniowego i dopłat do lokalnego podatku od nieruchomości, limit łącznej wartości wsparcia. Wiele osób skarży się też na opóźnienia wypłat i wstrzymania zasiłków.
Konserwatywny rząd Davida Camerona zaczął szukać oszczędności. Tłumaczył opinii publicznej, że zasiłki dostawały rzesze leniwców od lat żyjących wygodnie na państwowym garnuszku. Stąd ostrzejsza weryfikacja wniosków, kontrole, programy odpracowywania świadczeń.
- Ale często decyzje urzędników są kuriozalne - mówi Denise. - Niedawno zgłosił się do nas mężczyzna, któremu wstrzymano zasiłek, bo z powodu pogrzebu dziadka nie przyszedł raz do zakładu, w którym go odpracowywał. Zgłaszał nieobecność i przedstawił akt zgonu, ale urzędnik zamroził mu wypłatę na sześć tygodni.
Takich historii słyszę mnóstwo. Tylko od października 2012 r. do czerwca wstrzymano świadczenia 580 tys. bezrobotnym. Wielu zapewne zasłużenie, ale w sieć zaplątało się też mnóstwo ludzi naprawdę potrzebujących pomocy.
Cięcia nałożyły się na stare problemy: przemoc domową, kłopoty ze zdrowiem, spirale długów nakręcane przez popularne chwilówki, wysokie koszty opieki nad dziećmi, które zatrzymują samotne matki w domu, alkoholizm i narkomanię, rosnące ceny żywności i energii.
Bieda "relatywna", nie "absolutna"
U klientów banków żywności te problemy się kumulują. Smutnym przykładem jest Jenny, którą spotykam przed pośredniakiem w Hammersmith. Wychowuje samotnie dwie córeczki, ośmio- i dziewięcioletnią. Pracowała fizycznie od 17. roku życia, więc nabawiła się problemów z kręgosłupem. Choruje na serce, ma też problemy ze snem, napady lęku i depresję.
- Miałam naprawdę trudne dzieciństwo - mówi Jenny.
Dostaje zasiłki na dzieci: child benefit (33,40 funta tygodniowo) i child tax credit (90 tygodniowo). Do lipca miała też zasiłek dla niepełnosprawnych, ale komisja międzynarodowej firmy Atos Healthcare, która wygrała rządowy kontrakt na ocenianie, komu się on należy, uznała, że jest zdolna do pracy. Teraz może liczyć na mniejszy zasiłek dla bezrobotnych (71,70 funta tygodniowo), choć co dwa tygodnie musi przedstawić w pośredniaku formularz dowodzący, że ubiegała się o co najmniej dziesięć posad. Dostaje niby dużo, ale życie w Londynie kosztuje...
Społeczniczka Giselle Winston, która pomaga w sporach z Atos, jest przekonana, że odwołanie Jenny zostanie uwzględnione - z powodu problemów z sercem aż pięć razy była ostatnio na pogotowiu. Ale można je złożyć dopiero po pół roku, czyli najwcześniej w styczniu.
- Oceniający mają zaledwie 40 min, żeby przejrzeć papiery, zaświadczenia lekarskie, historię wnioskodawcy. I często podejmują złe decyzje. Trzeba precyzyjnie napisać wniosek, by miał szanse. Zwykły człowiek często tego nie potrafi - mówi Winston.
Inne problemy ma Marouane, imigrant z Maroka, z którym rozmawiam w banku żywności w Eltham. Jego partnerka pochodzi z Hiszpanii i wychowuje dwójkę dzieci. Kiedyś pracowała, ale gdy zaszła w ciążę, oboje uznali, że zostanie w domu, zwłaszcza że opiekunka kosztuje ok. 50 funtów dziennie. Do niedawna dostawała zasiłek dla bezrobotnych, jednak latem urzędnicy uznali, że nie ma tzw. right to reside (prawa pobytu), mimo że mieszka na Wyspach od sześciu lat. Złożyła odwołanie, ale sprawa się ślimaczy...
Zdarza się też, że o pomoc proszą pracujący, których przycisnęły długi, rosnące rachunki czy coraz częstsze umowy "zero godzin" (firma wzywa pracownika tylko wtedy, gdy go potrzebuje, i płaci mu za okres pracy). Denise opowiada np. o nauczycielce, która wydaje ponad połowę pensji na czynsz, bo szkoła obcięła jej godziny.
Polak, któremu Wyspy kojarzą się głównie ze zbijaniem kokosów na saksach, czyta nagłówki niektórych gazet i przeciera oczy ze zdumienia: "Lato głodu: rośnie liczba klientów banków żywności"; "Długa, mroźna zima dla 3 mln ludzi, których nie stać na ogrzewanie".
Jak to możliwe w kraju, który słynie z hojności opieki socjalnej i podniósł płacę minimalną do ponad 6 funtów za godzinę? I czy ktoś tu przypadkiem nie przesadza?
Reforma socjalna, czyli cięcia
Na handlowych ulicach Londynu, gdzie wszędzie błysk i blichtr, trudno w to uwierzyć. Objuczeni zakupami ludzie czasem korkują wejście do metra przy Oxford Circus.
W poszukiwaniu odpowiedzi odwiedzam więc bank żywności w dzielnicy Tower Hamlets na East Endzie. Mogłaby ona służyć za metaforę brytyjskiego rozwarstwienia: z jednej strony zapuszczone czynszówki, z drugiej - szklane wieże Canary Wharf z biurami Barclays, Citi, HSBC... Dwa światy dzielą jedynie tory kolejowe.
Denise Bentley, szefowa Tower Hamlets Food Bank, krząta się po magazynie pełnym darów. Dostaje je od supermarketów, mieszkańców, firm (także tych po drugiej stronie torów). Pod ścianami piętrzą się skrzynki z sardynkami i pomidorami w puszkach, słoikami dżemów, paczkami makaronu i ryżu.
Denise opowiada, że fala potrzebujących przybrała na sile od kwietnia, kiedy rząd zaczął reformować system opieki socjalnej. Wprowadzane na raty zmiany zakładają m.in. scalenie dotychczasowych świadczeń w jedno, cięcia zasiłku mieszkaniowego i dopłat do lokalnego podatku od nieruchomości, limit łącznej wartości wsparcia. Wiele osób skarży się też na opóźnienia wypłat i wstrzymania zasiłków.
Konserwatywny rząd Davida Camerona zaczął szukać oszczędności. Tłumaczył opinii publicznej, że zasiłki dostawały rzesze leniwców od lat żyjących wygodnie na państwowym garnuszku. Stąd ostrzejsza weryfikacja wniosków, kontrole, programy odpracowywania świadczeń.
- Ale często decyzje urzędników są kuriozalne - mówi Denise. - Niedawno zgłosił się do nas mężczyzna, któremu wstrzymano zasiłek, bo z powodu pogrzebu dziadka nie przyszedł raz do zakładu, w którym go odpracowywał. Zgłaszał nieobecność i przedstawił akt zgonu, ale urzędnik zamroził mu wypłatę na sześć tygodni.
Takich historii słyszę mnóstwo. Tylko od października 2012 r. do czerwca wstrzymano świadczenia 580 tys. bezrobotnym. Wielu zapewne zasłużenie, ale w sieć zaplątało się też mnóstwo ludzi naprawdę potrzebujących pomocy.
Cięcia nałożyły się na stare problemy: przemoc domową, kłopoty ze zdrowiem, spirale długów nakręcane przez popularne chwilówki, wysokie koszty opieki nad dziećmi, które zatrzymują samotne matki w domu, alkoholizm i narkomanię, rosnące ceny żywności i energii.
Bieda "relatywna", nie "absolutna"
U klientów banków żywności te problemy się kumulują. Smutnym przykładem jest Jenny, którą spotykam przed pośredniakiem w Hammersmith. Wychowuje samotnie dwie córeczki, ośmio- i dziewięcioletnią. Pracowała fizycznie od 17. roku życia, więc nabawiła się problemów z kręgosłupem. Choruje na serce, ma też problemy ze snem, napady lęku i depresję.
- Miałam naprawdę trudne dzieciństwo - mówi Jenny.
Dostaje zasiłki na dzieci: child benefit (33,40 funta tygodniowo) i child tax credit (90 tygodniowo). Do lipca miała też zasiłek dla niepełnosprawnych, ale komisja międzynarodowej firmy Atos Healthcare, która wygrała rządowy kontrakt na ocenianie, komu się on należy, uznała, że jest zdolna do pracy. Teraz może liczyć na mniejszy zasiłek dla bezrobotnych (71,70 funta tygodniowo), choć co dwa tygodnie musi przedstawić w pośredniaku formularz dowodzący, że ubiegała się o co najmniej dziesięć posad. Dostaje niby dużo, ale życie w Londynie kosztuje...
Społeczniczka Giselle Winston, która pomaga w sporach z Atos, jest przekonana, że odwołanie Jenny zostanie uwzględnione - z powodu problemów z sercem aż pięć razy była ostatnio na pogotowiu. Ale można je złożyć dopiero po pół roku, czyli najwcześniej w styczniu.
- Oceniający mają zaledwie 40 min, żeby przejrzeć papiery, zaświadczenia lekarskie, historię wnioskodawcy. I często podejmują złe decyzje. Trzeba precyzyjnie napisać wniosek, by miał szanse. Zwykły człowiek często tego nie potrafi - mówi Winston.
Inne problemy ma Marouane, imigrant z Maroka, z którym rozmawiam w banku żywności w Eltham. Jego partnerka pochodzi z Hiszpanii i wychowuje dwójkę dzieci. Kiedyś pracowała, ale gdy zaszła w ciążę, oboje uznali, że zostanie w domu, zwłaszcza że opiekunka kosztuje ok. 50 funtów dziennie. Do niedawna dostawała zasiłek dla bezrobotnych, jednak latem urzędnicy uznali, że nie ma tzw. right to reside (prawa pobytu), mimo że mieszka na Wyspach od sześciu lat. Złożyła odwołanie, ale sprawa się ślimaczy...
Zdarza się też, że o pomoc proszą pracujący, których przycisnęły długi, rosnące rachunki czy coraz częstsze umowy "zero godzin" (firma wzywa pracownika tylko wtedy, gdy go potrzebuje, i płaci mu za okres pracy). Denise opowiada np. o nauczycielce, która wydaje ponad połowę pensji na czynsz, bo szkoła obcięła jej godziny.
Ogłoszony 8 grudnia raport Joseph Rowntree Foundation głosi, że w Wielkiej Brytanii 6,7 mln biednych żyje w rodzinach, w których co najmniej jeden dorosły pracuje. Socjolodzy zastrzegają, że chodzi oczywiście o biedę "relatywną", a nie "absolutną". Czyli - w uproszczeniu - ludzie mają na podstawowe wydatki, ale żyją poniżej pewnego standardu. Od zeszłego roku przybyło pół miliona takich osób.
Rząd kontratakuje
Gabinet Camerona przyznaje, a nawet szczyci się tym, że wstrzymuje coraz więcej zasiłków. Ale zastrzega: nie ma badań dowodzących związku między reformami socjalnymi z kwietnia a kolejkami po paczki z jedzeniem.
Zatem skąd te ostatnie? Dyskusje toczą się od ładnych paru miesięcy.
Najpierw jeden z ministrów wypalił, że "nie dziwi się, iż ludzie coraz częściej korzystają z banków żywności, skoro co tydzień powstają trzy nowe". Później rzecznik Downing Street stwierdził, że klientów banków jest więcej, bo pośredniaki, lekarze i pracownicy socjalni częściej kierują do nich potrzebujących. Dziś już się tym nie chwali, bo oznacza to de facto przerzucanie zadań państwa na organizacje charytatywne.
Tymczasem miał trochę racji. W kwietniu zlikwidowano państwowy fundusz socjalny, który udzielał pożyczek w nadzwyczajnych sytuacjach. Dzięki nim pan Smith mógł np. dostać 50 funtów, by dotrwać do pierwszego. Teraz pomagać mają samorządy, ale jak - o tym decydują same. Niektóre nie dają pieniędzy, tylko kupony na jedzenie; inne opracowały obszerne programy, ale ludzie o nich nie wiedzą; jeszcze inne zwyczajnie skąpią środków. Radni z Nottingham- shire postanowili od kwietnia 2014 r. w ogóle zlikwidować lokalny fundusz.
W tej sytuacji potrzebujący zwracają się do banków żywności. Największa sieć, Trussell Trust, prowadzi ich już ponad 400.
Najnowsza taktyka Camerona polega na zrzucaniu winy na poprzedni rząd Partii Pracy. Ta, rzecz jasna, obwinia obecną ekipę. Spór staje się więc coraz bardziej polityczny i absurdalny. Podczas debaty w parlamencie laburzystowska posłanka Fiona Mactaggart ze Slough opowiadała, że biedni ludzie w jej okręgu tak zaciekle walczyli o przecenione warzywa i owoce, że Tesco musiało zatrudnić dodatkową ochronę. Torysi nie wytrzymali i wybuchli śmiechem.
Rozrzutni nie liczą, jak należy
Równie podzielona jest prasa. "Guardian" i "Independent" odmalowują dickensowskie wręcz sceny. Tej zimy niektórzy Brytyjczycy mają wybierać między wydatkami na jedzenie i ogrzewanie. Lewicowe media podkreślają, że od 2007 r. jedzenie na Wyspach zdrożało o 32 proc. Niedawno rozpisywały się o raporcie międzynarodowej organizacji humanitarnej Oxfam, z którego wynikało, że w Bristolu co 16. rodzic odpuszcza co najmniej jeden posiłek w tygodniu, by wyżywić dzieci. I cytowały list lekarzy i akademików przestrzegających przed katastrofalnymi dla zdrowia Brytyjczyków skutkami cięć. Podkreślali oni, że wielu rodzin nie stać na zdrową żywność, a liczba zdiagnozowanych przypadków niedożywienia wzrosła z 3161 w 2009 r. do 5499 w 2013 r.
Z kolei felietonista konserwatywnego "Daily Telegraph" drwi, że Bob Geldof powinien napisać kolejny hit w stylu "Do They Know It's Christmas?" - tym razem nie po to, by zbierać pieniądze dla ofiar głodu w Etiopii, tylko po to, by ratować "głodujących" Brytyjczyków. Całkiem na serio zaś pisze o "przemyśle biedy" napędzanym przez puchnące fundacje i aktywistów.
Inni zwracają uwagę, że Brytyjczycy zwyczajnie nie potrafią wydawać pieniędzy, np. kupują gotowe dania, zamiast gotować samemu taniej i zdrowiej.
Znajoma Polka, która pracuje w City na niezłym stanowisku, opowiadała mi, że nawet jej kolegom z pracy czasem kończy się kasa: - Ja odkładam bez problemu na zagraniczne podróże, a oni wydają bez opamiętania i dziwią się, gdy przed wypłatą mają nagle puste konto!
Prawda, jak to często bywa, leży gdzieś pośrodku. W banku żywności w Eltham spotkałem Leah, samotną matkę, która przyszła z kuponem na jedzenie z pośredniaka. Gdy synek skończy dwa lata, Leah zamierza wysłać go do żłobka i wrócić do pracy w biurze. Na razie jednak żyje z zasiłków. Zgodziła się wyliczyć, na co wydaje 190 funtów tygodniowo od państwa. To czynsz (większość płaci państwo, Leah dokłada tylko 30 funtów), rachunki, pieluchy i parę innych wydatków - łącznie ok. 120 funtów. Na co idzie pozostałe 70 funtów tygodniowo, za które z łatwością mogłaby wyżywić siebie i dziecko? - nie potrafiła odpowiedzieć.
Banki żywności jak na drożdżach
Ale historie Jenny czy Marouane'a pokazują, że z banków żywności korzystają też naprawdę potrzebujący.
- Wierz mi, wizyta tutaj to nie jest przyjemność, tylko ostateczność. Gdybym mógł, wolałbym po stokroć iść do sklepu i kupić jedzenie - spuszcza wzrok Marouane.
Trussell Trust wyliczył, że jedynie od kwietnia do września jego banki żywności dostarczyły jedzenie ponad 350 tys. ludzi. To trzy razy więcej niż przed rokiem. Przed świętami paczki dostało aż 60 tys. osób. Zaś Czerwony Krzyż pierwszy raz od wojny zorganizował przedświąteczną zbiórkę żywności dla biednych Brytyjczyków.
Rząd kontratakuje
Gabinet Camerona przyznaje, a nawet szczyci się tym, że wstrzymuje coraz więcej zasiłków. Ale zastrzega: nie ma badań dowodzących związku między reformami socjalnymi z kwietnia a kolejkami po paczki z jedzeniem.
Zatem skąd te ostatnie? Dyskusje toczą się od ładnych paru miesięcy.
Najpierw jeden z ministrów wypalił, że "nie dziwi się, iż ludzie coraz częściej korzystają z banków żywności, skoro co tydzień powstają trzy nowe". Później rzecznik Downing Street stwierdził, że klientów banków jest więcej, bo pośredniaki, lekarze i pracownicy socjalni częściej kierują do nich potrzebujących. Dziś już się tym nie chwali, bo oznacza to de facto przerzucanie zadań państwa na organizacje charytatywne.
Tymczasem miał trochę racji. W kwietniu zlikwidowano państwowy fundusz socjalny, który udzielał pożyczek w nadzwyczajnych sytuacjach. Dzięki nim pan Smith mógł np. dostać 50 funtów, by dotrwać do pierwszego. Teraz pomagać mają samorządy, ale jak - o tym decydują same. Niektóre nie dają pieniędzy, tylko kupony na jedzenie; inne opracowały obszerne programy, ale ludzie o nich nie wiedzą; jeszcze inne zwyczajnie skąpią środków. Radni z Nottingham- shire postanowili od kwietnia 2014 r. w ogóle zlikwidować lokalny fundusz.
W tej sytuacji potrzebujący zwracają się do banków żywności. Największa sieć, Trussell Trust, prowadzi ich już ponad 400.
Najnowsza taktyka Camerona polega na zrzucaniu winy na poprzedni rząd Partii Pracy. Ta, rzecz jasna, obwinia obecną ekipę. Spór staje się więc coraz bardziej polityczny i absurdalny. Podczas debaty w parlamencie laburzystowska posłanka Fiona Mactaggart ze Slough opowiadała, że biedni ludzie w jej okręgu tak zaciekle walczyli o przecenione warzywa i owoce, że Tesco musiało zatrudnić dodatkową ochronę. Torysi nie wytrzymali i wybuchli śmiechem.
Rozrzutni nie liczą, jak należy
Równie podzielona jest prasa. "Guardian" i "Independent" odmalowują dickensowskie wręcz sceny. Tej zimy niektórzy Brytyjczycy mają wybierać między wydatkami na jedzenie i ogrzewanie. Lewicowe media podkreślają, że od 2007 r. jedzenie na Wyspach zdrożało o 32 proc. Niedawno rozpisywały się o raporcie międzynarodowej organizacji humanitarnej Oxfam, z którego wynikało, że w Bristolu co 16. rodzic odpuszcza co najmniej jeden posiłek w tygodniu, by wyżywić dzieci. I cytowały list lekarzy i akademików przestrzegających przed katastrofalnymi dla zdrowia Brytyjczyków skutkami cięć. Podkreślali oni, że wielu rodzin nie stać na zdrową żywność, a liczba zdiagnozowanych przypadków niedożywienia wzrosła z 3161 w 2009 r. do 5499 w 2013 r.
Z kolei felietonista konserwatywnego "Daily Telegraph" drwi, że Bob Geldof powinien napisać kolejny hit w stylu "Do They Know It's Christmas?" - tym razem nie po to, by zbierać pieniądze dla ofiar głodu w Etiopii, tylko po to, by ratować "głodujących" Brytyjczyków. Całkiem na serio zaś pisze o "przemyśle biedy" napędzanym przez puchnące fundacje i aktywistów.
Inni zwracają uwagę, że Brytyjczycy zwyczajnie nie potrafią wydawać pieniędzy, np. kupują gotowe dania, zamiast gotować samemu taniej i zdrowiej.
Znajoma Polka, która pracuje w City na niezłym stanowisku, opowiadała mi, że nawet jej kolegom z pracy czasem kończy się kasa: - Ja odkładam bez problemu na zagraniczne podróże, a oni wydają bez opamiętania i dziwią się, gdy przed wypłatą mają nagle puste konto!
Prawda, jak to często bywa, leży gdzieś pośrodku. W banku żywności w Eltham spotkałem Leah, samotną matkę, która przyszła z kuponem na jedzenie z pośredniaka. Gdy synek skończy dwa lata, Leah zamierza wysłać go do żłobka i wrócić do pracy w biurze. Na razie jednak żyje z zasiłków. Zgodziła się wyliczyć, na co wydaje 190 funtów tygodniowo od państwa. To czynsz (większość płaci państwo, Leah dokłada tylko 30 funtów), rachunki, pieluchy i parę innych wydatków - łącznie ok. 120 funtów. Na co idzie pozostałe 70 funtów tygodniowo, za które z łatwością mogłaby wyżywić siebie i dziecko? - nie potrafiła odpowiedzieć.
Banki żywności jak na drożdżach
Ale historie Jenny czy Marouane'a pokazują, że z banków żywności korzystają też naprawdę potrzebujący.
- Wierz mi, wizyta tutaj to nie jest przyjemność, tylko ostateczność. Gdybym mógł, wolałbym po stokroć iść do sklepu i kupić jedzenie - spuszcza wzrok Marouane.
Trussell Trust wyliczył, że jedynie od kwietnia do września jego banki żywności dostarczyły jedzenie ponad 350 tys. ludzi. To trzy razy więcej niż przed rokiem. Przed świętami paczki dostało aż 60 tys. osób. Zaś Czerwony Krzyż pierwszy raz od wojny zorganizował przedświąteczną zbiórkę żywności dla biednych Brytyjczyków.
- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje
Komentarze
Prześlij komentarz