nędza polskiego chłopa
Opowieści o chłopskiej nędzy
- 20.12.2017, 08:00
- bn
Rodzinne historie: pełne skarg na temat
kolejnych, przewalających się wojen, biedowania, harówki w polu. To
także opowieści o twardym... chłopskim karku, który nie tak łatwo było
zaborcom, dziedzicom i niestety także polskim urzędnikom ugiąć,
przetrącić. W latach 30. ub. wieku Instytut Gospodarstwa Społecznego
wydał "Pamiętniki chłopów". To wstrząsające źródło wiedzy o historii
naszej wsi.
Wspomnienia
były nadsyłane na konkurs zorganizowany jesienią 1933 r. przez Instytut
Gospodarstwa Społecznego. Włościanie dowiadywali się o tym
przedsięwzięciu głównie poprzez prasę ("Zielony Sztandar", Gospodarz
Polski", "Gazeta Chłopska", "Społem" itp.). Odzew był naprawdę ogromny.
Rękopisy nadsyłano do IGS przez kilka miesięcy, z całego kraju.
Zgromadzono ich aż 498.Wśród zebranych, anonimowych wspomnień znalazły się relacje gospodarzy z Lubelszczyzny, w tym z powiatu zamojskiego i hrubieszowskiego.
Chłopi opowiadali o dziejach swoich rodzin, troskach, pragnieniach i kłopotach. Bo polska wieś była przed ostatnią wojną bardzo zadłużona: w tzw. instytucjach kredytowych lub u osób prywatnych (często u Żydów – lichwiarzy). Spośród 498 gospodarzy, aż 169 (33,9 proc.) pisało o długach, które często przekraczały wartość ich gospodarstw. "Żyję tak pod strachem, zrozpaczony, co mi przyjdzie jeszcze z trojgiem dzieci małoletnich i dwojgiem staruszków 70-letnich i z chłopakiem jednym, com go wzioł na utrzymanie jako mego kuzyna" – żalił się jeden z gospodarzy. "(Będę musiał) pozostać bez dachu nad głową i bez kawałka chleba, jak nie będę mógł wywiązać się z tych ciężarów, nałożonych na mnie".
"Nędza panuje na wsi, a z nędzą sroży się lichwa" – podsumowali organizatorzy konkursu. "Lichwiarze ci, gdy chodzi o ściągnięcie należności, nie wahają się zabrać dłużnikowi ostatniej krowiny, ostatniego konia lub wyzuć nawet z ziemi".
Czy wcześniej było chłopom lepiej? Można to wywnioskować z ich opowieści, które często sięgają drugiej połowy XIX w. "Byłem małym chłopcem, pamiętam, jak ojciec mój gospodarzył na dziesięciu morgach, mając do spłaty brata i siostrę" – pisał dwunastomorgowy gospodarz z powiatu puławskiego (urodzony w 1880 r.). "Ojciec pracował bardzo ciężko, bo nie było takich narzędzi w gospodarstwie jak dzisiaj. Sieczkarni nie było, tylko na tzw. skrzynce rznuł sieczkę dla koni i krów (...). W mieszkaniu było ciasno, bo prócz sieczki w kącie stał cielak i owca z jagnięciem, że porządki w tem mieszkaniu jakie musiały być, to każden czytający się domyśli"
Narzędzi używano wówczas bardzo prymitywnych. To także potęgowało "chłopską mordegę". "Do uprawy roli był pług drewniany z żelaznu blachu na drewnianych kółkach (...) w miejsce dzisiejszego kultywatora to było tzw. radło też drzewiane z żelaznu redlicu, a jaka to była męcząca uprawa to pamiętam dobrze, bo jej sam zakosztowałem. Nastały drapacze na pięciu łapach, to narzędzie było zaliczone do ulepszonych i było dotąd, aż go zastąpił kultywator" – wspominał puławski gospodarz.
Inne narzędzia także zapamiętał jako proste i mało wydajne. "Widły do gnoju były drzewiane, końce okute żelazem, później były żelazne niewygodne, bo ciężkie, aż ich zastąpiły dzisiejsze fabryczne" – wyliczał. "We żniwa wszystko było żęte sierpem, kosy wcale nie było w użyciu. Chleb był czarny, bo nikt nie słyszał o szorowniku, ani o walczach we młynie, mielenie było na wiatraku, a jeżeli we młynie, to na kamieniu i to jęczmień, bo pszenicę trzeba było sprzedać".
Nie tylko ten włościanin źle wspominał dawne, prymitywne gospodarowanie. "Z przed sześćdziesięciu laty ludzie nie mieli praktyki, jak tej ziemi uprawiać, aby choć starczyło im do wyżywienia tak licznej rodziny, jaką posiadał również mój ojciec" – notował w 1933 r. pewien cieśla wioskowy z powiatu hrubieszowskiego.
Uczyłem się cztery zimy
"Dnia 5 listopada 1875 roku przyszedłem na świat w chacie chłopskiej, niskiej, czarnej i okopconej i w niej rozpocząłem nędzny żywot dziecka chłopskiego" – pisał mężczyzna o imieniu Jakub, średniorolny gospodarz ze "świeżo skomasowanej osady" w powiecie zamojskim. "Byłem dopiero drugi, przede mną bowiem urodził się brat Jasiek. Później pamiętam, że co parę lat przychodziło na świat moje młodsze rodzeństwo, tak, że ostatecznie było nas wszystkich ośmioro, czterech braci i cztery siostry".
Mężczyzna mieszkał w dzieciństwie w miejscowości Błonie (dzisiaj to przedmieście Szczebrzeszyna). Wspominał, że jako dziecko zimą przeważnie siedział w rodzinnej chacie, bawiąc młodsze rodzeństwo. W lecie – razem z innymi dzieciakami – biegał po sadach, których było kiedyś w tej okolicy mnóstwo. Gdy trochę podrósł, pasł wraz z innymi pastuszkami krowy. Zimą natomiast chodził do rosyjskiej szkoły w Szczebrzeszynie. Była oddalona od Błonia o ok. dwa kilometry. Uczył się tam – jak pisze – "cztery zimy". Na tym skończyła się jego edukacja.
"Po jej ukończeniu zajęli mię już rodzice do pracy na roli, której było około szesnastu mórg (jedna morga to ok. pół hektara – przyp. autor). Tak pracowałem na ojcowskim zagonie przez siedem lat" – czytamy we wspomnieniach Jakuba. "W roku 1897 zabrano mnie do wojska. Przez pięć lat odbyłem twardą służbę wojskową w 21 pułku dragonów białoruskich. Pułk ten znajdował się we Włodzimierzu Wołyńskim. Często podczas ćwiczeń myślałem, że najpiękniejsze lata muszę oddawać dla swych wrogów, którzy ciemiężą moich współrodaków".
Pójdziesz sobie stąd
W 1902 r. Jakub wrócił do rodzinnego domu. Wtedy postanowił się ożenić z dziewczyną ze swojej wsi. Widać, że spodobał się wybrance swojego serca oraz jej rodzicom, bo w 1903 r. młodzi zawarli związek małżeński. Nie poszli jednak na swoje. "Rozwiały się wkrótce wszystkie moje nadzieje o własnem gospodarstwie (...). Ojciec mój, posiadając sam niewielki kawałek ziemi, nie mógł dać mi tyle ile się spodziewałem, teść zaś nie bardzo chętnie patrzał na to, że zamierzam się oddzielić i nie pracować razem z nim na jego gospodarstwie" – czytamy we wspomnieniach. "Zostałem więc ostatecznie u niego, pomagając mu w gospodarstwie w zamian za co miałem u niego kąt i obsiewałem również dla siebie kawałek gruntu".
Małżonkom się nie układało. Młoda żona stale chorowała, nie mieli też dzieci. Autor wspomnień obawiał się, że młoda kobieta umrze. Tak się stało w 1910 r. Dla Jakuba nie było już wówczas miejsca w domu rodziny zmarłej żony. "Siedziałem więc jeszcze u swej teściowej przez pewien czas. Ta jednak w końcu powiedziała mi otwarcie: Wiesz co Jakób (pisownia oryginalna – dop. autor), pójdziesz już sobie stąd, nie masz tu po co siedzieć" – gorzko pisał autor wspomnień. "Taka więc spotkała mię nagroda: przez siedem lat pracowałem jak koń za wszystkich, a teraz każą mi się wynosić na cztery wiatry. Przyszedłem do ojca i tu przeżyłem do roku 1912".
Jakub postanowił znowu się ożenić. W sąsiedniej wsi mieszkała wdowa z trojgiem dzieci. Miała ona też grunt po zmarłym mężu. "W styczniu 1912 r. związałem się z tą kobietą i rozpocząłem własne, samodzielne gospodarowanie" – czytamy dalej. "Ojciec mój dał mi około dwóch morgów, żona posiadała swej ojcowizny do sześciu mórg oraz ten kawałek ziemi po pierwszym mężu. Całe więc gospodarstwo liczyło do dziesięciu mórg ornej ziemi. Zabudowania zostały się po pierwszym mężu mej żony. Chata była już stara jednak trzymała się dosyć dobrze, podwórze za to było nowe i składało się ze stodoły o dwóch zapolach, spichlerza, obory, stajni, chlewu i poddachu. Posiadałem wtedy parę dosyć dobrze utrzymanych koni, dwie krowy, hodowało się zawsze w ciągu roku do trzech świń".
Rodzina nie biedowała. Po roku małżeństwa Jakubowi i jego nowej żonie urodził się syn. Wydawało się, że wszystko potoczy się właściwymi torami. Tak się nie stało.
Pożar w Rozłopach
"Dnia 14 maja (1914 r. ) w święto Wniebowstąpienia Pańskiego wybraliśmy się oboje z żoną do kościoła na sumę. Kościół parafjalny (pisownia oryginalna) znajdował się w niewielkim miasteczku Szczebrzeszynie, odległym od Rozłop o trzy kilometry" – czytamy we wspomnieniach Jakuba. "Podczas sumy rozłączyłem się z żoną i po skończonem nabożeństwie nie mogłem jej nigdzie znaleźć. Stanąłem więc na (szczebrzeszyńskim) rynku z kilkoma znajomymi, rozmawiając o różnych codziennych zajęciach i kłopotach. Wtem usłyszałem zewsząd wołanie: pali się!
Jak to jest z Jackiem Santorskim – należy do grupy panów czy chamów?
Jestem doradcą jednych i drugich.
Niczym pleban. Jeśli pyta mnie pani o moje korzenie, to
znajdzie się w przeszłości jednych, i drugich.
Wśród przodków – zarówno po mieczu,
jak i po kądzieli, tych katolickich i tych
protestanckich – są naprawdę wspaniałe
nazwiska. I rodzina bardzo była z tego dumna, niezwykle
się nimi chwaliła. Ale zdarzało się,
że kiedy w gości zawitał jakiś krewniak o
okrągłej, pospolitej twarzy, na pewno nie
szlacheckich rysach, kwestie powinowactwa były
skwapliwie przemilczane (śmiech). To normalne, że
każdy szuka w swoim drzewie genealogicznym momentów
wspaniałych i chwalebnych. Natomiast jeśli pytanie
wiodło do tego, kogo jest w dzisiejszym
społeczeństwie więcej – nie
zdobędę się na odpowiedź. Zwłaszcza,
że wczorajszy parobek może być dziś top
menedżerem.
Jednak temat wrócił – za sprawą książek prof. Janusza Hryniewicza „Polityczny i kulturowy kontekst rozwoju gospodarczego” oraz „Stosunki pracy w polskich organizacjach” a także „Prześnionej rewolucji” autorstwa Andrzeja Ledera. Pan także zajmuje się problemem folwarcyzacji życia w Polsce. Mówiąc zgrubnie chodzi o to, że u nas ta kultura folwarku, gdzie jeden rządzi, a reszta pokornie słucha, przetrwała. Wszędzie. W instytucjach publicznych, nawet w nowoczesnych firmach. I nie pozwala rozwijać się, iść dalej. Skąd ten folwark w polskich głowach?
Prosto z XVI wieku. Wtedy na ziemiach
leżących na zachód od Łaby
zaczął się rozwój miast i przemysłu.
Jego impulsem były działania kolonialne,
rozwijały się porty, wokół nich
wyrastały ośrodki miejskie. Natomiast na
wschód od tej rzeki – choćby z powodu
warunków geograficznych i klimatycznych –
powstawało zaplecze żywieniowe, wielka
spiżarnia, która miała tamte tereny
wykarmić. Nie bez znaczenia były także kwestie
religijne: zachód to był protestantyzm, w
którym na zbawienie mieli zasłużyć sobie
przedsiębiorczy i pracowici. Wschód to katolicyzm,
który nakazywał w milczeniu nieść
swój krzyż, cierpieć i wiernie trwać. I
te warunki przestrzenno-geograficzne wspierane przez
paradygmat religijny wspierały po tych dwóch
stronach Łaby dwie różne formy organizowania
się ludzi wokół produkcji. Tam rosły
manufaktury, miasta, tworzyła się klasa
średnia, wyodrębniali robo tnicy. U nas prym
wiodły folwarki, wielkie gospodarstwa rolne nastawione
na produkcję zbóż, których
właściciele umacniali swoją pozycję,
maksymalizowali zyski. Nasze miasteczka stanowiły
zaplecze dla tych gospodarstw, a rolę klasy
średniej przejęli Żydzi, którzy,
używając współczesnej nomenklatury,
serwisowali całą resztę, przejmując np.
handel.
Ta maksymalizacja zysków odbywała się kosztem chłopów, za pomocą dyb i szubienicy. Począwszy od 1543 r. zostali oni pozbawieni jakichkolwiek praw – można ich było sprzedawać, oćwiczyć, nawet zabić. I prowadzili swoją grę o przetrwanie – z jednej strony uginając kolana i kornie chyląc głowy, z drugiej oszukując, kradnąc co się da z pańskiego majątku. A dzisiejsze społeczeństwo polskie to w większości krew z krwi, kość z kości tych dawnych parobków i dziewek służebnych.
To trochę tak, ale też nie do
końca. Sytuacja chłopa na przełomie XVI i XVII
w. była bowiem nieporównanie lepsza niż u
schyłku XVII w. Bo początkowo wszystko
świetnie szło, folwarki się rozwijały,
handel hulał, a jedni i drudzy byli sobie nawzajem
potrzebni. Pan zapewniał chłopom byt, pracę,
ale sam bez nich nie istniał, bo nie miałby
pojęcia, jak siać, jak orać, jak wydoić
krowę. Ale nastąpił regres – te
gospodarstwa nie rozwijały się, nie
wprowadzały nowoczesnych rozwiązań
produkcyjnych, więc zaczęły mieć
kłopoty finansowe. Kryzys, proszę pani, kryzys. To
wówczas zaczął się wyzysk na całego.
No i potem przyszły rozbiory...
Ten wyzysk chłopów trochę burzy nasz polski mit dobrej szlachty i ziemiaństwa. Może więc nie warto się tak chwalić Lubomirskimi zerkającymi z gałęzi drzewa genealogicznego?
Jak już mówiłem, jestem,
pewnie jak wszyscy w tym kraju,
chłopsko-pańską mieszanką. Jednak o
ziemiaństwie polskim zawsze myślałem pod
kątem patriotycznym – edukacja ludu, walka z
zaborcami. Było oczywiście i tak, i tak. Tworzenie
szkół dla chłopskich dzieci nie
wykluczało wsadzania w dyby ich ojców, którzy
ukradli worek ziarna czy niezbyt przykładali się do
pracy. W każdym razie ja swój pierwszy milion
zarobiłem sam, nie ukradłem. Ale prawda jest taka,
że jeśli w Polsce fortuny ziemiańskie
wyrosły na plecach batożonych chłopów, to
Zachód ma za sobą wyzysk kolonialny. Amerykanie
– krzywdę Indian i Murzynów. Wszędzie u
podstaw starych fortun leżą czyjaś krew, pot i
łzy. Świat nie jest sprawiedliwy. Tyle że my o
pewnych rzeczach nie lubimy mówić. Wolimy
mitologizować przeszłość – tę
daleką i całkiem niedawną.
Teraźniejszość zresztą także.
Dlatego wciąż żyjemy w folwarku?
Stereotyp folwarku to metafora
pozwalająca opisać rzeczywistość. Ale
zanim do tego przejdziemy, musimy jeszcze trochę
pobrodzić w historii. Jestem psychologiem biznesu,
doradzam przedsiębiorcom, w jaki sposób
osiągnąć cel. Jednak nie wystarczy
wiedzieć, gdzie chcemy się znaleźć,
trzeba także sobie uświadomić, gdzie
jesteśmy w tej chwili. A my – właśnie
jako społeczeństwo – jeszcze tego nie
przepracowaliśmy. Bo na to, gdzie znajdujemy się
dzisiaj, miała także wpływ owa – jak
pisze Andrzej Leder - prześniona, czyli
niedokończona rewolucja. Niby wiemy, że to Niemcy i
Sowieci wymordowali tych nielubianych Żydów i
wysysające krew z chłopów ziemiaństwo.
Jednak dyskusja o tym, że ktoś się z tego
cieszył, ktoś skorzystał i nadal korzysta,
jest już nieobecna. Więc wciąż tkwimy w
folwarku.
Czym on jest dziś?
Pozwolę sobie krótko
zdefiniować paradygmat tej sytuacji.
Ach, pięknie brzmi. Naukowo.
Z folwarkiem jest tak, że mamy
organizację, której celem jest wytwarzanie
czegoś tam – produktu czy usług, ale przede
wszystkim – trwanie. Tymczasem w przedsiębiorstwie
kapitalistycznym celem jest zysk i wzrost wartości samej
organizacji. Metaforyczny folwark osłabia ten drugi cel.
A to m.in. z tego powodu, że ośrodek władzy
– a więc decyzji, kontroli, restrykcji, moc
decydowania o losie podwładnych – jest bardzo
mocno scentralizowany, zwykle spoczywa w rękach jednej
osoby. Kiedyś właściciela ziemskiego, potem
lidera z nadania politycznego albo po prostu
właściciela firmy bądź postawionego na
jej czele menedżera. To od jego woli, kaprysu, nastroju
chwili zależy, co się stanie z firmą i z jej
pracownikami. Władza, uprawnienia i
odpowiedzialność nie są delegowane. Pan
mówi, co i jak zrobić. Jak ma dobry humor –
pochwali. Jak jest wściekły – zgani,
nakrzyczy, wyrzuci z pracy. Zakuje w dyby. Nigdy nie wiadomo,
czego się spodziewać. A ludzie pokornie to
znoszą. Z jednej strony sarkają, buntują
się, ale z drugiej jest im wygodnie – bo nie
ponoszą odpowiedzialności. Jednak ma to dalece
idące konsekwencje – pracownicy pozbawieni
odpowiedzialności, za to zajęci wychwytywaniem
nastrojów pana, czyli np. prezesa firmy, gubią
także swoją kreatywność, tracą
inteligencję. Zajmuje ich głównie to,
żeby nie podpaść. Niesamowite, jak to
działa – nawet w nowoczesnych
przedsiębiorstwach, nawet w międzynarodowych
korporacjach mających swoje oddziały w Polsce.
Zresztą ta infekcja dotyka nie tylko firmy, ale też
nasze kliniki, uczelnie, redakcje, kluby sportowe czy
szkoły. Wszędzie w szybkim czasie wytwarza się
folwark. Informacje przestają przepływać
między działami, zamiast tego krążą
donosy, fachowcy idą w odstawkę, tworzy się
dwór. To jest jak jakaś zakaźna choroba,
społeczny wirus ebola. Rodziny i przyjaciele
ekspatów, cudzoziemców żyjących i
pracujących w naszym kraju, wielokrotnie opowiadali mi,
co się działo z takimi menedżerami w
krótkim czasie po przyjeździe do Polski. Że
nigdy nie byli tak agresywni, despotyczni, dominujący,
jak podczas pracy tutaj. Nie zapomnę przykładu
pewnego Holendra, doświadczonego top menedżera,
który miał wielkie zasługi w budowaniu
przedsiębiorstw na partycypacyjnych zasadach w RPA i w
Indiach, a po przyjeździe do nas i kilku miesiącach
pracy zamienił się w agresywnego dyktatora. On sam
był przerażony i nie potrafił tego
pojąć. Mało tego, zarazie ulegają
całe polskie oddziały zagranicznych korporacji,
gdzie indziej nowocześnie zarządzanych, takich co
mają misję, wizję i wartości. A u nas,
jak tylko polski menedżer weźmie to w ręce,
wszystko trafia znów na klepisko.
Tyle dobrego, że dziś nikt nikogo nie zakuwa w dyby i nie chłoszcze, choć inne formy przemocy, choćby tej werbalnej, mają się świetnie.
A, to by się wszyscy mogli
zdziwić. Pamiętam z lat 90. firmę, której
właściciel, z pochodzenia ziemianin zresztą,
każdego ranka gromadził swój zespół
i dyscyplinował: chłoszcząc słowem i
bijąc rękawiczką po twarzach tych, którzy
mu podpadli. Inna sprawa, że wiedział, jak to
robić. Niemniej ci jego pracownicy, choć mogliby go
roznieść w pył, każdego ranka pokornie
stawali w rządku i czekali...
To mocny przykład, choć ekstremalny. Ale ja także znam firmy, w których szef, niekoniecznie właściciel, tylko po prostu menedżer mający zarządzać całym bałaganem, stosuje takie właśnie folwarczne metody. Wrzaski, kary nie wiadomo za co, po których przychodzi głaskanie po głowie – też bez szczególnego powodu. Huśtawka nastrojów, pranie mózgów. W efekcie poddawani temu delikwenci zamiast myśleć o pracy wypracowują techniki przetrwania: co zrobić, żeby uniknąć kary, tego trzepania rękawiczką po twarzy.
We współczesnym slangu
korporacyjnym to się nazywa dywanik u szefa i zjebka, po
których następuje zaproszenie na piwo. Witold
Gombrowicz w „Ferdydurke” opisuje Józia,
który wciela się w rolę pana i bije po
gębie swojego kolegę, odgrywającego rolę
parobka. A ten się cieszy – mocno pan bije, po
jaśniepańsku. Jest w tym jakaś masochistyczna
przyjemność, że pan taki mocny, że jak
trzepnie, to człowiek poczuje, gdzie jest jego miejsce.
Kiedyś słyszałem taki dialog, gdy w siedzibie
wielkiej międzynarodowej firmy, w saloniku, przy kawie,
pewien top menedżer zwierzał się drugiemu,
że został wezwany na dywanik przez prezesa i
dostał taką zjebkę, że jeszcze nie
przeżył podobnej w całym swoim życiu. Ale
też wyniki spadały, sprzedaż malała... W
głosie tego fachowca pobrzmiewały właśnie
takie masochistyczne tony, taka chęć
zracjonalizowania sytuacji, jak u tego gombrowiczowskiego
parobka. I tak to się wszędzie odbywa. Z badań
prof. Hryniewicza wynika, że 60 proc. kadry dobrze
się czuje w takim sposobie zarządzania i
całkowicie go akceptuje. To rodzaj ucieczki przed
wolnością. Ale ma to ogromny wpływ na
funkcjonowanie w ten sposób kierowanych firm. Bo
jeśli pan, szef, bije albo krzyczy, jeśli nie
wiadomo, czego się spodziewać, jeśli donos
rządzi, to tworzą się takie
mikrośrodowiska oporu. W dawnym folwarku parobkowie i
dziewki służebne zawiązywali porozumienia,
żeby tego pana jakoś obejść. Także
we współczesnych przedsiębiorstwach
tworzą się małe sojusze, nepotyczne
układy i struktury; pączkują grupki,
których członkowie wspierają się
nawzajem, w opozycji do innych, we wrogości do
całej organizacji. Dział walczy z działem,
marketing występuje przeciwko sprzedawcom, mówi,
że to złodzieje, produkcja ma na pieńku z
logistyką. My tu w naszym dziale jesteśmy fajni,
reszta to wrogowie. Amoralny familiaryzm zastępuje
zdrowe układy. Stąd też pączkuje
opisywany przez prof. Czapińskiego
wszechogarniający brak zaufania w
społeczeństwie. Kapryśność,
emocjonalność szefa, tego pana na folwarku,
skutkuje jeszcze i tym, że pracownicy w tych małych
grupkach samopomocy wytwarzają własny kodeks
moralny: dobrze jest ukraść coś z firmy,
gdyż to nam się należy jako
zadośćuczynienie za krzywdy. Taki mały
samowymiar sprawiedliwości. Oszukać niestabilnego
przełożonego? Jak najbardziej, sam nas do tego
doprowadził. Jak w patologicznej rodzinie, gdzie
mąż, pijak i tyran rozstawia wszystkich po
kątach, ale w rezultacie wygraną jest bita przez
niego żona, gdyż wyspowiadała się, a
ksiądz jej powiedział, że moralnie jest
górą. Więc moralnie rośnie. I jak jest
zjebka, stara się szefa ułagodzić,
podejmując pod kolana, ale się go nie szanuje. I
jak tylko nadarzy się okazja, pracownik postara się
go oszukać, okraść, pozorować pracę
i zaangażowanie.
Sam tego chciał.
To nie jest tak, że na czele
przedsiębiorstw zebrała się grupa
psychopatów, którzy robią co mogą, aby
przekształcić swoje firmy we współczesne
obozy koncentracyjne. Mamy raczej sytuację jak z
doświadczenia Philipha Zimbardo, że ludzie
chętnie wchodzą w swoje role, realizują
się w nich. Podam przykład, który jest dla
mnie szczególnie dojmujący, bolesny, choć w
mediach często jest przedstawiany jako dowód na
naszą prorynkową postawę i krok w
nowoczesność. Mnie jednak bardziej kojarzy się
z folwarkiem. Polska jest centrum światowego
outsourcingu, gdzie wyrosło mnóstwo firm zwanych
contact center. Praca w nich polega mniej więcej na tym,
że setki młodych ludzi, studentów lub
świeżo upieczonych magistrów, często
znających po kilka języków, siedzą w
wielkich halach, ze słuchawkami na uszach,
przyjmują rozmowy telefoniczne bądź sami
dzwonią, sprzedając coś,
wyjaśniając, windykując. Mają
ściśle limitowany czas – na posiłek, na
siku, każda minuta jest im liczona. A między ich
stanowiskami pracy przechadzają się kontrolerzy,
rodzaj dawnych ekonomów. Pilnują, żeby to siku
nie przekroczyło tych trzech ustanowionych regulaminem
minut, żeby na biurku współczesnych
chłopów pańszczyźnianych nie było
żadnego zdjęcia, maskotki-misiaczka, żeby nie
było żadnej książki czy gazety. Mają
być w pogotowiu, pozyskiwać klientów,
handlować. I oni w to wchodzą. Racjonalizują:
nie ma innej pracy, trzeba jakoś żyć i
zarabiać. To jest właśnie mentalność
parobka godzącego się z trzaskaniem po pysku przez
jaśniepana. Na szczęście roczniki, które
mają na początku swoich PESEL-ów liczby 88 i
89, są pierwszymi, które mówią
folwarczności „nie”. Nie wszyscy, ale wielu.
I to jest zachwycające. Nie chcą już
dłużej grać w tę grę.
Ale ich rodzice naciskają: pochyl głowę, najważniejsze, to mieć jakieś stałe źródło dochodu, rób, co trzeba, ale myśl swoje.
Ten system coraz słabiej
działa. Młodzi już nie myślą tak,
jak roczniki z lat 60. czy nawet 70., że trzeba
pracować, pracować, korzyć się, a na
końcu tej drogi będzie domek kupiony na kredyt,
który będziemy spłacać niemal do
śmierci. Mają to gdzieś. Z działów
HR dużych firm dostaję sygnały SOS: co
robić z tymi młodymi. Są roszczeniowi, nie
chcą pracować po 15 godzin dziennie,
kwestionują autorytety. W pracy chcą nie tylko
pracować, tyrać, wyrabiając nakazaną
normę, ale też rozwijać się i dobrze
bawić. A co najgorsza – mają
niezneutralizowane radary ściemy.
Znów atrakcyjne hasło. A co tkwi pod nim?
Z badań wynika, że u lekarzy
po kilku latach pracy zanikają tzw. lustrzane neurony,
odpowiedzialne za empatię. Taki akt samoobrony –
zwariowaliby, gdyby mieli głęboko
przeżywać każde niepowodzenie zawodowe,
każdą śmierć pacjenta. Podobnie się
dzieje ze zbuntowanymi nastolatkami – widzą
wszystko bardzo ostro. Ale w pewnym momencie bunt się
rozmywa, zaciera się ostrość widzenia,
następuje pogodzenie z warunkami. Tylko że te
roczniki, o których wspominałem, zachowały
tę żyletkę w oczach. Wiele się na to
złożyło, choćby technologia, te wszystkie
media społecznościowe, dzięki którym
mogą się wspierać. Dyskutują,
kontestują, robią sobie jaja. I aby zdobyć
szacunek tych młodych ludzi, nie wystarczą dyby ani
rękawiczka. Ich szef – poza tym, że jest
przełożonym z nadania – musi być
kimś. Prawdziwym autorytetem, autentycznym
człowiekiem, musi mieć im coś do powiedzenia i
zaoferowania. Pozory, nawet te pseudonowoczesne, typu klatka
piersiowa zrobiona na siłowni i zegarek, który
wygląda tak, jak ten używany przez nurków
głębinowych, to dużo za mało. Już
nie imponuje. Zmieniają się zasady, a
menedżerowie, którzy tego jeszcze nie
zauważyli, będą tego żałować. I
nie chodzi nawet o ferment, rewolucję
organizacyjną, która idzie z jakichś 500
start-upów, innowacyjnych firm, które mamy w
Polsce. Tak wieje wiatr historii. Jest takie powiedzenie,
chętnie powtarzane, że z niewolnika nie ma
pracownika. Ale jeszcze nie wszyscy, którzy je
cytują, rozumieją.
Fajnie to brzmi, ale mam takie przeświadczenie, że z tymi pana opowieściami jest trochę tak, jak z bajkami na dobranoc. Miło posłuchać, ale wiemy, że w rzeczywistości książę nie przyjedzie i nie uratuje, a księżniczka jest dziwką. Cały system tak został nakręcony, żeby ci parobkowie i dziewki gięli plecy w ukłonach, bo to jest właśnie premiowane. Tak było w XVI wieku, tak było za II RP, w PRL-u i tak, niestety, było i jest w naszej III Rzeczypospolitej. Współczesne dyby w postaci umów śmieciowych, groźby znalezienia się za bramą, haseł „na twoje miejsce jest stu innych” – działają.
Ale to nie przyczynia się do
rozwoju, do innowacyjności, do wydajności, a
więc do zysków także nie. Dlaczego za komuny
nie można było wytworzyć nic
wartościowego? Między innymi dlatego, że nie
było możliwe inne niż folwarczne
zarządzanie. Odpowiem anegdotą: za czasów
Gierka ściągnięto z zagranicy nie tylko dolary
w ramach pożyczek, ale także know how, najnowsze
amerykańskie metody treningów ludzi biznesu.
Wytypowano do nich najzdolniejszych menadżerów,
inżynierów etc., aby siali potem wiedzę o tym,
jak kierować firmami i pracownikami, nieśli dalej.
Ale po 2-3 latach z tego zrezygnowano: okazało się,
że tak wyedukowani ludzie mają gdzieś
socjalistyczne wartości i wykazują antypartyjne
postawy. Byli i czuli się wolni, a wolni ludzie nie
stanowią dobrego kompletu z socjalizmem. Więc ich
gdzieś schowano.
Tak sobie myślę, że zmarnowaliśmy – jeśli chodzi o zarządzanie, ale nie tylko – te ostatnie ćwierć wieku. Zadziałały te same mechanizmy, co przy wcześniejszych rewolucjach. Część dawnych chamów wskoczyła w buty panów. Zrobili kariery, zarobili pieniądze. I przy obopólnej zgodzie dalej korzystają z batoga. Wszyscy są zachwyceni.
A ja powiem, że ten zamordyzm
folwarczny był na pewnym etapie jedyną metodą,
to dzięki niemu udało nam się zbudować
zieloną wyspę. Na czoło różnych
firm, przedsiębiorstw wysunęły się
jednostki najbardziej aktywne, przebojowe, agresywne,
które były w stanie zarządzać
pracownikami przyzwyczajonymi do starych metod
zarządzania. W porządku, zadziałały
największe patologie amerykańskiego kapitalizmu.
Nie da się ukryć, większość tych
nowych panów biznesu miała zimne i spocone
dłonie, rozbiegane spojrzenia. Świetnie dogadywali
się z komunistami. Tak właśnie było: do
głosu doszło kolejne pokolenie chciwych,
zakompleksionych parobków. Ale zaradnych. Gdyby nie oni,
wszystko by się rozlazło,
rozpłynęło. Stare przyzwyczajenia były
zbyt silne. To bicie po gębie
rękawiczką... Albo inna historia: Pewien prezes
dużej skandynawskiej firmy mającej swój
oddział w Polsce poprosił mnie o pomoc. Wiadomo,
tam obowiązuje szokująca dla nas
transparentność, partycypacyjny sposób
zarządzania przedsiębiorstwami, poziome struktury i
tak dalej. Oni to mają w DNA. Chcieli swój model
przenieść na grunt polski. Wymyślili, że
firma będzie składała się z kilku
zespołów, w nich kilkudziesięciu
fachowców skupionych wokół
menedżerów, każdy z teamów będzie
odpowiadał za jakąś część
kraju. Będą się ze sobą komunikowali,
naradzali, a taka organizacja da przedsiębiorstwu
wielką elastyczność. Bo kiedy będzie
potrzeba – np. okaże się, że na
jakimś terenie jest większy popyt na produkt,
który oferowali, będą mogli racjonalnie
przerzucać siły właśnie tam – ku
chwale firmy i większemu, co tu dużo
mówić, zyskowi. Ale nie wypaliło.
Folwark zadziałał?
Właśnie tak. Wokół
liderów tych małych zespołów
utworzyły się dwory, a ci zamiast ze sobą
współpracować, zaczęli rywalizować i
walczyć. Niekoniecznie czystymi metodami. A wszyscy jak
jeden mąż zabiegali o względy tego
zagranicznego szefa. On był całkiem
ogłupiały. Nie rozumiał, co się dzieje.
Przykład taki: na parkingu przed firmą, zgodnie ze
skandynawskimi zasadami równości, nie było
wyznaczonych lepszych i gorszych miejsc parkingowych,
każdy miał stawać, jak przyjechał, jak
się zdarzyło. To było nie do wytrzymania dla
naszych, więc wyznaczyli szefowi miejsce parkingowe
tuż przed wejściem głównym.
Zdenerwował się, zaprotestował,
powiedział, że tak nie będzie parkował,
bo to bez sensu, a poza tym lubi się przejść.
I wie pani, co się działo? Reszta czyhała
kiedy podjedzie, gdzie zaparkuje, i na wyścigi starali
się zaparkować jak najbliżej niego,
choćby postawił auto na samym końcu, pod
płotem. Atmosfera gęstniała, zamiast być
lepiej, było coraz gorzej. Poradziłem mu, żeby
wykorzystał to, iż firma zajmowała trzy
piętra, do zarządzania symbolami, których
polscy menedżerowie tak potrzebowali. Swój gabinet
ulokował na najwyższym, piętro niżej
umieścił trzech wybranych przez siebie, którzy
będą kontaktowali się pozostałymi
rezydującymi na najniższym piętrze, a jemu
wszystko raportowali. I jeszcze, żeby zagryzł
zęby i pozwolił na wyznaczenie parkingu swojego
samochodu na poczesnym miejscu. Zadziałało.
Spokój został przywrócony, firma się
rozwijała. Albo inna historia. Mariusza
Łukasiewicza, założyciela Lukas Banku, mojego
przyjaciela, człowieka, który nienawidził
jakichkolwiek przejawów dworu, był absolutnie
demokratyczny, lubiący ludzi, chciał z nimi
współpracować na zasadzie partnerstwa. I nie
rozumiał tego, co się wokół niego dzieje.
Tych gierek, tego krążenia wokół szefa.
Dowiedział się, że jego asystentka czeka na
niego przed firmą, żeby zobaczyć, jak idzie i
w jaki sposób trzyma teczkę. Bo niby jeśli
ją niesie trzymając za rączkę, to
wszystko OK, a
jeśli trzyma pod pachą, to lepiej go omijać i
nie wchodzić w drogę. Bo wkurzony. Pytał, o co
tym ludziom chodzi. Czy on nie może być po prostu
sobą i czy musi zwracać uwagę, jak niesie
tę pieprzoną teczkę, żeby nie psuć
współpracownikom nastroju? Śmiałem
się. – Mariusz, mówię, a
zauważyłeś, że nawet na imprezach,
które robisz, trwa walka, kto będzie
tańczył blisko ciebie? Jesteś dla tych ludzi
kimś, jesteś ikoną, oni cię adorują.
Musisz to zaaprobować – taki absolutyzm
psychologicznie oświecony.
To niby dlaczego teraz miałoby się coś zmieniać? Wybuchnie kolejna rewolucja? Albo panowie pójdą po rozum do głowy?
Jestem w trakcie badań robionych na
zasobach Polskiej Agencji Rozwoju
Przedsiębiorczości – analizujemy małe i
średnie przedsiębiorstwa. Za wcześnie jeszcze
mówić o wynikach, te będą gotowe za
parę tygodni, ale już jeden wniosek wyłania
się z analizy przeprowadzonych ankiet. Ponad połowa
przedsiębiorców wie, że stosowane przez nich
metody zarządzania są złe, nie przystają
do obecnych czasów. Chcieliby je zmienić, mają
świadomość, że jest to absolutny
priorytet, choć jeszcze nie wszyscy mają
pomysł jak. Albo uważają, że
„ludzie takich metod wymagają” –
pruskiego drylu i trzymania za twarz. Jednak to nie
początek XIX wieku – Prusy już wówczas,
po przegranej z wojskami napoleońskimi bitwie pod
Frydlandem, zrozumiały, że terrorem wśród
swoich ludzi się nie wygrywa. Żołnierze
Napoleona byli samodzielni, potrafili podejmować
decyzje, nie czekając na rozkaz. Po tej klęsce
Prusacy zaczęli reformować swoje wojska –
że skutecznie, wiemy. Dziś w nowoczesnych armiach
dowodzi się za pomocą mission command –
dowódca nie powie: „macie najpierw się
czołgać, potem ostrzelać stanowiska wroga, a
następnie zdobyć wzgórze; musicie
wziąć ze sobą tyle, a tyle amunicji, tyle
jedzenia i picia”. Wskaże: naszym
głównym celem jest to i to, chcemy to
osiągnąć takimi a takimi metodami, jedną
z nich jest zdobycie wzgórza i założenie tam
stanowiska ogniowego. I oddział, który to
wzgórze ma zdobywać, sam wymyśla sposób,
jak to zrobić. Tak samo są zarządzane
nowoczesne firmy. Ta świadomość dotarła
już nawet do tych z udziałem Skarbu Państwa.
Mam taki pouczający przykład przedsiębiorstwa
Energa Operator. Jeszcze cztery lata temu składało
się ono z ośmiu udzielnych księstw, każde
miało swojego lidera, który walczył z innymi.
I każdy zastanawiał się, jak wielki
będzie miał deficyt danego roku. Ale przyszedł
nowy prezes i powiedział: panowie, teraz będziemy
jedną firmą, będziemy
współpracować, a zamiast zarządzać
stratą, będziemy liczyć zyski. Jak się
wszyscy postaramy, to za dwa lata zamiast tymi
rozlatującymi się gruchotami, będziemy wszyscy
w firmie jeździć nowymi toyotami. Nie wyrzucił
ich z pracy, nie poobniżał pensji, choć tego
się spodziewali. Przesiedli się do tych
japońskich samochodów, są dziś dumni z
tego, co robią. Od drobnej rzeczy zaczęła
się zmiana mentalności i organizacji całej
struktury. To już nie prezes i siedmiu wasali, lecz
drużyna.
A co z tymi, którzy nie będą chcieli albo umieli się zmienić?
Podzielą los dinozaurów. I
właścicieli folwarków. Tych, które mimo
szubienicy i dyb nie nadążały za idącym
do przodu światem. Traciły finansowo. Aż
wreszcie odeszły wraz ze swoimi właścicielami
do historii.
Materiał
chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze
rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję
Źródło:Dziennik Gazeta Prawna
Proponowane dla Ciebie
Komentarze FB:
Biznes | Najnowsze
- 18:00
- 10:30
- 09:43
- 08:30
- 07:30
- 03 kwi
Redakcja poleca
Najczęściej czytane
- Tarcza antykryzysowa dla firm w pytaniach i odpowiedziach [WYDANIE SPECJALNE TGP]
- Koronawirus w Polsce: Auchan zmienia godziny otwarcia. Pierwszeństwo dla służb sanitarnych
- Mączyńska: Wszystkie ręce na pokład [OPINIA]
- Tarcza antykryzysowa – kluczowe rozwiązania dla pracodawców [SPRAWDŹ]
- Chludziński: Rzeczywistość powinna się zmienić [WYWIAD]














































10 mld dolarów kary dla BNP Paribas: Francja zaniepokojona












bo o wszystkim decyduja %.Bo gdyby wymagano 70-80% bezposrednio po studiach,a nie kilka lat... rozwiń całość
... rozwiń całość
Wszystko proste jak "łuk".
Tak- większość firm prywatnych to folwarki. Na czele folwarku pan nie pozwalający na dalsze kształcenie pracowników-bo nikt nie może się równać wiedzą z panem. Pozwalający na urlopy pracownikom kiedy jemu pasuje.Traktujący pracowników jak ludzi niższej klasy... rozwiń całość